Home różnościLifestyle Janusze organizacji – łączmy się.

Janusze organizacji – łączmy się.

by Meago

Będąc w moim wieku trzeba być nieźle ogarniętym, żeby wieść satysfakcjonujące, bezstresowe, dorosłe życie. Dobra organizacja czasu to klucz do sukcesu, przynajmniej tak mówią. Ja też umiem się zorganizować i zaraz wam sprzedam parę trików jakie sama stosuję aby wycisnąć jak cytrynę wszystko co najlepsze z każdego dnia. Czujesz już tę zajebistość?

Kupiłam sobie kiedyś taki wywalony dizajnerski plnner, którego nie powstydziłaby się żadna hi-endowa blogerka pisząca setnego, nie wnoszącego nic nowego posta o organizacji (wiesz, takiego ze zdjęciami białego biureczka z artystycznie poukładanymi akcesoriami biurowymi, oczywiście). Pomyślałam sobie, że zmotywuje mnie to do lepszego planowania i zarządzania czasem, a mając do tego tak ładną rzecz, niemalże staje się to pewnego rodzaju celebracją. Niestety, po tygodniu mój piękny planner zamienił się w bazgrolnik (zabrakło tylko kutasów na marginesach) a moje życie wróciło do normy. Teraz sama się organizuję – na spontanie. O najważniejszych rzeczach pamiętam, resztę ogarniam jak mam czas, albo mi się zechce. Z wielu rzeczy rezygnuję na rzecz innych, albo po prostu wpadam na nowe pomysły. Na wiele rzeczy nie mam wpływu, bądź sprawy wyskakują nagle, tak jak te zjebane muchy gdy wyrzucasz latem coś do śmietnika (pliz, powiedz, że to nie tylko u mnie).

muchyGeneralnie, kieruję się bardzo ramowym planem działania. Rozwinięcie jego punktów wychodzi różnie, ale ogólnie się go trzymam i żyję. Dobra, to jak to wygląda w praktyce?

Wstaję wcześniej i jem pożywne śniadanie

Ok, to banał. Ja na serio staram się wstawać wcześnie. Cóż, nie zawsze to wychodzi. Dobra, niemalże zawsze nie wychodzi. Mój telefon ma ustawione około 15 budzików od godziny 7mej do 9tej. Jeżeli nie mam nic do załatwienia przed robotą to zgadnij o której zaczynam się zwlekać. No właśnie. O matkooo, tak bardzo nie chce mi się wstaaaać! Poleżę sobie jeszcze chwilę i zerknę w telefonie co tam się dzieje w wielkim świecie: mejle – jest kilka zagranicznych – przychodzą w nocy, wiesz, strefy czasowe itd. Facebook – w messengerze fotka „kota na dziś” od rodziny, oczywiście śpi. Nie pomaga. Na tvnwarszawa znowu poranne stłuczki na S8 i korki na Łazienkowskiej. Uff, jeszcze instagram i wstaję: tam parę fajnych grafik do zaserduszkowania; obserwuję też paru blogerów i fotografów, więc serduszkuję jeszcze parę zdjęć: fajna herba, też taką piję – lajk. Ładny ogródek, serio, spoko – lajk. Kawa w pościeli – spoko, ładna kompozycja. Chociaaaaż moment. Włącza mi się tryb analizy. Zaintrygowało mnie to. Powinnam wstać już z 15 minut temu, ale teraz zastanawiam się jak od kuchni działa taka łóżkowa sesja, i jak głupio musi to wyglądać. No bo co? Wstaję, robię sobie kawę, wracam z nią do łóżka, ale najpierw z duszą na ramieniu stawiam ją na białej pościeli rodem z wystrojów w skandynawskim stylu, strzelam kadr, potem zabieram ją z powrotem do kuchni gdzie mogę ją w spokoju wypić? (O ile już nie wystygła). Nie pierwszy raz widzę taką kompozycje i mam tak duże poczucie bezsensowności takiego ujęcia, że aż mnie to fascynuje. Boże, użyjcie chociaż tacy albo zainwestujcie w szafkę nocną (widziałam kiedyś ładne lajfstajlowe zdjęcie – właśnie kawy postawionej na takim stoliku, w towarzystwie świeżych kwiatów, z bezpieczną białą pościelą w tle). Okej, okej! Pohejtowałam, czas w końcu podnieść dupę.

coffe photo

„Jestem mistrzem” – myślę sobie, bo kupiłam wczoraj pyszne mango, jogurt i muesli, więc będę miała zajebiste instagram-worthy śniadanie. Docierając do kuchni dostaje po ryju faktem, że zjadłam to wszystko wczoraj na kolację i o tym zapomniałam. Na szczęście znajduję zwiędłą marchewkę sprzed paru dni – jest mocno giętka, ale jeszcze nie spleśniała, więc do autobusu wystarczy. Potem pod biurem dokupuję jeszcze kanapkę w Green Coffee Nero. Są naprawdę dobre, ale kosztują z 10 złociszy. Mój wewnętrzny skąpiec płacze, bo smaczniejsze dla niego są 3 złote pod tytułem kubeczek jogurtu naturalnego z trocinami. No ale DOBRA. Raz czy dwa razy w miesiącu można. To kryzysowa sytuacja, ok?

zwiedla marchewka

Poświęcam kilka godzin na pracę

Jak przeżyć następne kilka godzin, rozkminiam będąc już w autobusie. Wiem, że dziś nie będzie zbyt twórczo. Co prawda mianuję się tytułem 2DArtist ale co z tego jak czasem wygląda to tak, że cały miesiąc przesiedzę na UI (user interface) albo teksturach. No siła wyższa – czasem trzeba. Gry to nie tylko dizajn ale też masa upierdliwych acz ważnych grafik. (Później odpalając grę mogę mówić: „patrz, zrobiłam ten przycisk, lol”). Dzisiaj mózg mi paruje, bo pracuję na plikach z nastu folderów porównując je do plików z nastu następnych folderów, a potem wrzucam je osobno do nastu folderów na serwer. Pomocy! Mój graficzny umysł nie jest wystarczająco pofałdowany na tak skomplikowane operacje. Nie dzisiaj. Czuję się jak głupek, ale jakoś ogarniam. Fajnie to zrobić jak najszybciej, ale też nie chcę już popełniać żadnego błędu, więc bujam się z tym przez pół dnia. Jeszcze zanim puszczę mejla, dwa razy sprawdzam czy miszcz. UFF.  Do domu!

mindfuck

Chcę się do niego dostać jak najszybciej. Ale jak być odpowiednio wcześniej w domu jak się jest skazanym na komunikację miejską – i to nie byle jaką bo na autobus który o tej godzinie przyjeżdża: a) spóźniony i b) wypchany po brzegi, bo właśnie zebrał po drodze pół Mordoru przy Domaniewskiej™. Wybory mam dwa: albo wpycham się jakimś cudem i doświadczam nieskończonej ilości punktów wspólnych z innymi, przy okazji przycinając dupę drzwiami, albo odpuszczam i przeczekuję tę upiorną falę kosztem 10-15 minut. Wybieram to drugie. „Booooże jeszcze tylko trochę, już niedługo ogarnę prawo jazdyyyy „- zawsze w tym momencie czuję największą motywację w tej kwestii. >>Ok, tutaj update – już zdałam. Widzisz? Już trzy tygodnie piszę tego posta. Zdążyłam już nawet zdać egzamin na prawo jazdy, co za żal.<<

untitled-1

Trochę się smucę, bo jestem już nieźle zjebana, a jeszcze muszę po drodze uzupełnić lodówkowe zapasy. Za to po powrocie czeka na mnie trening i trochę pracy freelansowej. Muszę to dobrze zorganizować, bo jest już grubo po osiemnastej. (Tak, wyszłam o 18 i jestem tylko ulicę dalej od biura). Przydałoby się jakoś przed dwudziestą już być w domu.

Ale co się dzieje? W połowie drogi włącza mi się tryb eksploracji i wpadam na geniaaaalny pomysł aby zamiast po ludzku zrobić szybką rundkę po Biedrze, obczaić Kauflanda, który stoi obok a w którym jeszcze nigdy nie byłam. Zacznijmy od walki z wózkami. Mimo mojego genialnego planu, żeby nosić ze sobą 1 euro specjalnie do tychże urządzeń, i tak nie jest mi dane rozpocząć zakupów. Na nalepce jak wół mam narysowane 1e, 1zł, 2zł – ale NIE! Musi się akurat trafić taki wózek, który pożre mój chajs i przez najbliższe kilka minut nie będzie chciał ani go wypluć z powrotem ani sam się oswobodzić. „Dobra, to mały zgrzyt” – myślę sobie. Zdarza się. Jakoś się ogarniam, ale tylko na chwilę, bo zaraz z powrotem się od-ogarniam – rozstawienie alejek już na pierwszy rzut oka niepokoi mnie. Tak, to ten typ ustawienia z cyklu „labirynt – musisz skręcić we wszystkie strony żeby coś znaleźć, przy okazji mijając alejki kuszące rzeczami których nie potrzebujesz” – najlepiej po dwa razy. Jeszcze przy okazji nie mogę się dodzwonić do L. bo nie ma mleka czekoladowego i nie wiem czy chce czekoladowo-orzechowe. Wzięłabym, ale zaraz stwierdzi, że takie to nie i niech stoi w lodówce do rozwoju mikro-cywilizacji. Daję mu szansę i ponawiam próbę kilka razy przy okazji lawirując po okolicy i kupując jogurty. Niestety L. pewnie już dotarł do domu i zasnął – no to nie dostanie mleka, a ja straciłam 15 minut za bycie za dobrą. To dobrze, mój wewnętrzny skąpiec się cieszy, oszczędzę na tym. Znaczy oszczędziłabym, bo za chwilę postanawiam kupić sobie kwiatek w doniczce (to już chyba u mnie jakieś zboczenie z tymi kwiatkami). Moje szybkie zakupy trwają już 50 minut, a siatki są zdecydowanie cięższe niż planowałam. Już wiem, że jestem w dupie.

marketto

Wprowadzam trochę aktywności fizycznej i ustalam priorytety na resztę dnia

Staram się ćwiczyć dość regularnie, jednak czasem zdarzają się dni, kiedy po prostu nie mam gdzie wcisnąć tych 30-40 minut. Dzisiaj by się może i na upartego udało, ale powrót z ciężkimi siatami tak mnie wykończył, że nie mogę patrzeć na matę. Jeszcze w windzie myślę sobie: „Kurwa, Magda, ale z ciebie pinda. Weź się ogarnij i po prostu to zrób”. Zmieniam jednak zdanie w chwili w której wchodzę do mieszkania. L. faktycznie śpi. Narożnik jest rozłożony, na środku pokoju stoi stół i suszarka z praniem; nie ma gdzie ćwiczyć, nie ma nawet gdzie stopy włożyć. „Dobrze!” – myślę, to mi nawet pomaga podjąć decyzję – brzmi ona „pierdolę”. Nie mam siły tego wszystkiego sprzątać. Wskakuję w piżamę i zniszczona uwalam się na wolny fragment łóżka.

nospace

Chwilę odpoczywam, no ale nie mogę tak leżeć w nieskończoność, muszę coś zrobić. Biorę listę moich freelanserskich taksów i układam je według priorytetów – w Google Keep koloruję je na czerwono. Niestety okazuje się, że wszystkie mają status „na wczoraj”. Własne projekty m.in. meagolicious są gdzieś na szarym końcu; nawet na nie nie patrzę bo zaraz zrobi mi się smutno. Przytłoczona tym jak bardzo zapuściłam się z obowiązkami, zawijam się w swój zielony kocyk – jestem teraz takim burrito z żałosnym nadzieniem. Albo jak pizza – wiesz, pizzerie lubią fajnie nazywać swoje pizze, to gdybym ja była jedną z nich nosiłabym nazwę „przegryw” i byłabym bez mięsa. Chyba nie muszę dodawać, że kolejny dzień decyduję się nie włączać komputera. No nie mam już siły no. Resztkami energii sięgam po cegłę o DTP – chociaż poczytam o czymś pożytecznym. Może zainspiruje mnie to do jakiegoś nowego postu z tutorialem, którego pewnie nie będę miała czasu zrobić przez najbliższe tygodnie. Otwieram książkę i w tym samym czasie… dostaję mejla z pytaniem „jak tam obrazek dla mnie”. Nie stać mnie teraz na nowego ajfona, więc nim nie rzucam. Nie odpisuję też od razu, żeby moje negatywne emocje w żaden sposób nie przelały się w treść maila. Odkładam więc telefon i z umiarkowanym spokojem wracam do lektury, ale nie na długo, bo zaraz zasypiam. Może to i dobrze. Czas na reset.

priorities

Dzień uznaję, jako po części zjebany, ale tak się czasem zdarza. Trudno, co zrobić. I tak jestem w stanie wynieść z niego więcej, niż może się wydawać, chociażby:

  1. Teraz wiem, żeby nie wyżerać wieczorem lodówki bez upewnienia się czy cokolwiek zostanie na rano
  2. Dzięki nudom i rutynie w pracy chętniej myślę o zmianach, a nawet jak się zapędzę to jestem w stanie wymyślić sobie jakiś fajny plan (na ogół zbyt odległy, ale mogę go już zacząć realizować w wolnych chwilach-ha-ha)
  3. Wkurw z powrotem do domu za każdym razem mobilizował mnie bardziej i bardziej, żeby skupić się na ogarnięciu prawa jazdy (udało się od zera w 8 miesięcy)
  4. Wiem już, żeby chodzić do pobliskiego Kauflanda jak serio mam trochę czasu. Cieszę się, że mam jego eksplorację za sobą (choć i tak wolę Biedrę i pobliskie Tesco)
  5. Zrobiłam zapasy do lodówki na najbliższe 3 dni
  6. Opuszczenie jednego dnia treningu i freelansu nie sprawiło, że przytyłam nagle 100 kilo ani żaden z klientów nie wyzwał mnie od najgorszych (jeszcze).
  7. Mam pretekst, żeby porysować parę obrazków z życia

Tak poza tym, następnego dnia emocje opadły i nie było mi już jakoś specjalnie przykro. Wiem, że nie tylko ja tak mam, co nie? Pliz, powiedz, że nie.

Dobra, to teraz serio muszę się ogarnąć, bo mam rozgrzebany post o owocach i jeden tutorial. Przydałoby się je w końcu skończyć.

Zobacz też

Leave a Comment